your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Cannes 2016: Podsumowanie

Widziałem w tym roku 47 filmów pełnometrażowych i 2 krótkometrażowe. Jeden oceniłem na 9/10. Sześć na 8/10. Aż siedemnaście na 7/10, w przynajmniej dwóch przypadkach rozważałem ocenę wyższą, w dwóch innych zaś o punkt niższą. Czternastu tytułom wystawiłem 6/10. Pięć zgarnęło... 5/10. Trafił się jeden film na 4/10 i dwa na 3/10. Ogólnie imponująca średnia. Niesamowicie wysoki i równy poziom prezentowały tegoroczne filmy. Pierwszy raz widziałem w Cannes tyle dobrych filmów.

Nie dostałem się w zasadzie tylko na jeden tytuł, „Gimme Danger”, czyli dokument Jarmuscha o The Stooges. Podjąłem jednak tylko jedną próbę, gdy wyświetlany był w najmniejszej sali. Nie ustawiłem się wcześniej w kolejce, dołączyłem do niej na kilkanaście minut przed seansem, bo tak się akurat kończył poprzedni film. Szanse były więc marne, ale to nieważne, dokument wyprodukowało Amazon Studio, nie trzeba będzie długo czekać na możliwość obejrzenia go.

Przeglądając w niedzielę na nicejskim lotnisku listę obejrzanych filmów, zastanawiałem się, co byłoby najzabawniejszym/najdziwniejszym wyborem jury na laureata Złotej Palmy.

Wiedziałem, że nie wygra to, czego pragnęłoby większość dziennikarzy, czyli zabawny, ale moim zdaniem potrzebujący bezlitosnego montażysty, który wywaliłby dobre kilkadziesiąt minut zbędnego materiału, „Toni Erdmann”. Drugi faworyt, „Paterson”, w którym nie zmieniłbym niczego, wydawał się bardziej prawdopodobnym kandydatem, podobała mi się taka możliwość, Jarmusch byłby zadowalającym wyborem. Wiedziałem też, że nie wygra fantastyczna „Służąca” Chan-wook Parka, bo byłoby to zbyt piękne.

Doszedłem do wniosku, że będzie to albo jakiś tytuł dla zatwardziałych miłośników kina festiwalowego (np. „Sieranevada”), albo podobnie jak w zeszłym roku - coś przyzwoitego, ale jednak nie wybijającego się ponad tłum innych dobrych filmów. Trochę serio, trochę dla żartu, doszedłem do wniosku, że będzie to „I, Daniel Blake”. Głównie jednak dla żartu.

Kilka godzin później nawet się zaśmiałem. Najzabawniejsze jednak, że nagrodę za reżyserię zgarnął Olivier Assayas, autor pierwszego w tym roku wygwizdanego filmu – „Personal Shopper”. Podoba mi się, że jury pokazało środkowego palca histeryzującym dziennikarzom, którzy tak bardzo nie mogli się doczekać na chwilę stadionowej radochy, że aż musieli pokarać przyzwoity film i narobić wokół tego sporo szumu.

Najbardziej w decyzji członków jury ucieszyło mnie wyróżnienie bardzo dobrego „American Honey” oraz cudownych „Divines” pokazywanych w bocznej sekcji Directors’ Fortnight.

To była bardzo udana edycja, co niestety nie do końca odzwierciedlają nagrody, ale tragedii nie ma. Zresztą, najważniejsze powinny być przecież filmy, a większość z tych wartych zobaczenia i tak trafi do polskich kin.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook