your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Cannes 2017: Podsumowanie

W tym roku zobaczyłem 48 filmów pełnometrażowych i dwa krótkometrażowe (jeden był rewelacyjny – „Tangente”). Wystawiłem 2 ósemki, aż 21 siódemek, 17 szóstek, 6 piątek oraz 2 trójki.

Świadczy to o dwóch rzeczach. Po pierwsze: tegoroczny poziom był bardzo wyrównany, do konkursu głównego oraz pozostałych sekcji trafiły filmy głównie dobre. Po drugie: zabrakło tytułów rewelacyjnych. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się wystawić tak mało wysokich ocen, a w ubiegłych latach przecież zawsze zdarzało mi się jeszcze nadrabiać jakieś „ósemkowe” filmy już po festiwalu. W tym roku jest to praktycznie niemożliwe, bo pierwszy raz udało mi się obejrzeć wszystkie filmy konkursowe oraz niemalże całą sekcję Un Certain Regard (a to czego nie widziałem nie rokowało zbyt dobrze). Jedyna nadzieja w sekcjach Director’s Fortnight oraz Critic's Week, że umknęło mi coś wartego uwagi (w tej pierwszej zobaczyłem jednak większość z tego, co zamierzałem).

Powinienem się cieszyć, że oglądałem głównie filmy co najmniej przyzwoite, ale odczuwam spore rozczarowanie, bo w festiwalach filmowych bierze się udział w poszukiwaniu tytułów rewelacyjnych. Od pierwszego dnia liczy się na to, że kolejny film dostarczy czegoś nowego, świeżego, zaskakującego, o czym będzie się pamiętać jeszcze przez długi czas. W tym roku było bardzo mało takich filmów. Od pewnego momentu zacząłem więc spoglądać z nadzieją w kierunku pozakonkursowych pokazów azjatyckich akcyjniaków i rzeczywiście, zarówno „The Villainess”, jak i „Merciless”, zapewniły coś pomysłowego, niekoniecznie były to filmy przełomowe, ale za to energetyczne, niezachowawcze, z całą pewnością nie zapominałem o nich już następnego dnia.

Nie mogę tego powiedzieć o filmach z sekcji Un Certain Regard, która mnie strasznie rozczarowała w tym roku. Od zawsze była to sekcja wypełniona ponurymi snujami, testującymi cierpliwość widowni, ale warto było się przez to przedzierać, bo w ubiegłych latach program skrywał prawdziwe perełki. W tym roku najlepszym filmem było „Wind River”, który zadebiutował już kilka miesięcy temu w Sundance, gdzie został dobrze przyjęty, więc seans potwierdził jedynie to czego się spodziewałem. Dopiero bardzo interesujące bułgarskie "Posoki” (opowiadające odrębne historie kilku taksówkarzy z tego samego miasta), obejrzane jako ostatni film w sekcji, pokazało mi, że w przyszłych latach nie warto przekreślać tej sekcji. W programie było jeszcze kilka innych udanych filmów, ale obawiam się, że szybko o nich zapomnę.

Sporo narzekam, ale nie należy zapominać, że przez te kilkanaście dni zobaczyłem dużo dobrych filmów, w końcu mogę się podpisać pod wyborem canneńskiego jury, miałem okazję uczestniczyć w godzinnym spotkaniu z Clintem Eastwoodem, zobaczyłem z bliska dwie aktorki (Jessica Chastain, Eva Green), które od dawna uwielbiam, wpadłem na pocieszną Agnes Vardę, przechodząc festiwalowym korytarzem zobaczyłem Joaquina Phoenixa, przekonałem się, że Will Smith wciąż promienieje młodzieńczą energią, a Roman Polański potrafi pozostawać w centrum uwagi nawet siedząc obok dziewczyny Bonda. Kawał fajnych wspomnień.

Au revoir.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook