Cannes 2016: The BFG, Serranevada

Data:


The BFG

Nie mam zbyt wiele do napisania na temat nowego filmu Stevena Spielberga. Jest zwyczajnie rozczarowujący. Przez większość seansu towarzyszyło mi uczucie znużenia. Technicznie jest to dzieło bez zarzutu. Efekty specjalne, mimika gigantów, przełożenie twarzy Marka Rylance’a na postać cyfrowego tworu biegającego po ekranie, rozmach niektórych scen i ogólna estetyka wizualna – na wszystko to patrzy się z przyjemnością. I z ogromnym znużeniem.

Nie jest to jednak zły film. Nie jest to po prostu film dla widza dorosłego. Historia jest z rodzaju tych, które mają sens tylko dla dziecka, bo tak naprawdę w ogóle nie będzie się zastanawiało nad nim. Opowiastka jest mało angażująca, umiarkowanie zabawna i chyba może wywołać jakieś emocje tylko u osób, które oglądały w dzieciństwie animowaną wersję i mają do niej sentyment. Ja nie widziałem, przez pierwszą połowę filmu ziewałem z nudów.

Dopiero pod koniec scenariusz zabiera bohaterów w miejsce, które generuje serię zabawnych gagów przy których cała widownia zaśmiewała się głośno. Od tego momentu, mającego miejsce tuż przed finałem historii, film nieco zyskuje w oczach widza i ostatnie kilkanaście minut zlatuje niezauważenie. Za późno jednak to następuje, żeby zmienić uczucie rozczarowania nowych filmem Spielberga.


SERRANEVADA.

Film jest jak trzygodzinny rodzinny spęd przy stole uginającym się od jedzenia. Kuzyn snuje spiskowe teorie związane z 9/11 wyczytane w internecie. Inny krewny się z niego nabija, ktoś tam mówi głosem mędrca, że może i ma rację, a może i nie ma, ciężko powiedzieć. Babcia sprowadza do mieszkania księdza z kropidłem i wymyśla inne dziwne obrządki, których należy przestrzegać. Kuzynka ściąga na chatę naćpaną koleżankę, która spędza resztę wieczoru na zanieczyszczaniu toalety i okolic. Później wpada wujek i robi porutę, ciocia wpada w histerię, no kocioł na całego. Nienawidzę rodzinnych spędów.

Rumuński film wymaga cierpliwości. Prawie trzy godziny spędzone głównie w ciasnym mieszkaniu, obserwując rodzinne dramaty, traumy, przekomarzanki i podśmiechujki. Przez pierwszą godzinę zastanawiałem się dokąd to zmierza, przez drugą wyklinałem w myślach – „trzygodzinny film o rodzinnym obiedzie, serio, kurna?!”, w trzeciej zacząłem się już wkręcać w historię pokręconej rodziny i czuć jak honorowy członek albo raczej bliski znajomy.

Film jednak najbardziej działa na odbiorcę po seansie. W trakcie, przynajmniej ja, byłem wielokrotnie zirytowany jego długością i brakiem konkretnej fabuły. To jednak tytuł dojrzewający w odbiorcy, podczas seansu reżyser zasiewa w nas ziarno, które zaczyna z czasem kiełkować, rozrastać się i zapuszczać korzenie. Zaczynamy doceniać jego strukturę, sposób w jaki reżyser rozstawia bohaterów w ciasnej filmowej przestrzeni i jak tor pracy kamery wyznacza punkt skupienia podczas kilku różnych wydarzeń odbywających się symultanicznie na ciasnej przestrzeni. O tym filmie się myśli, filmowa rodzina, początkowo nam obca, zaczyna być bliska i zaczynamy rozumieć, dlaczego to było do cholery tak długie. Budowanie więzi wymaga czasu i poświęcenia.